zdjęcie Katarzyny Miszczuk

Zaduszkowe spotkanie z Katarzyną Miszczuk [relacja]

Tuż przed Świętem Zmarłych Miejska Biblioteka Publiczna w Szczecinie zorganizowała spotkanie z Katarzyną Bereniką Miszczuk. Pisarką popularną, której każda kolejna książka spotyka się z ogromnym zainteresowaniem czytelników. Poniżej fragment rozmowy. 

Z wykształcenia jest lekarką. Pierwszą książkę, powieść „Wilk”, napisała w wieku 15 lat. Trzy lata później opublikowało ją wydawnictwo Muza SA. Jej kolejną powieść, „Wilczyca”, za którą autorka została nominowana w 2009 roku do Nagrody Nautilus, wydało wydawnictwo Egmont Polska. To wszechstronna pisarka, której znakiem rozpoznawczym jest nieoczywista mieszanka literackich światów, niezmiennie doprawiona dużą dawką humoru. Ma w swoim dorobku kilkanaście książek. Największe uznanie czytelników przyniosła jej seria diabelsko-anielska: „Ja, diablica” (2010), „Ja, anielica” (2011) oraz „Ja, potępiona” (2012). W 2017 r. powieścią „Obsesja” autorka rozpoczęła kolejny cykl, zatytułowany „W lekarskim fartuchu”. Rok później ukazała się jej kontynuacja – „Paranoja”. Na swoim koncie ma także kryminał „Pustułka” (2015) oraz powieść grozy „Druga szansa” (2013). Czytelniczkom spodobała się zwłaszcza seria „Kwiat paproci” (tomy: „Szeptucha”, „Noc Kupały”, „Żerca”, „Przesilenie”). Najnowsze powieści autorki to prequel serii „Kwiat paproci” – „Jaga” i „Ja Cię kocham, a Ty miau” (2020). W przeddzień spotkania w MBP w Szczecinie – 28 października wydała swoja najnowszą książkę – „Ja, ocalona”. To czwarty, oczekiwany przez czytelników od 10 lat, finałowy tom cyklu diabelsko – anielskiego.

– Czy ma Pani jakiś ulubiony gatunek, w którym się Pani najfajniej pisze? – pytała Marta Kostecka z Miejskiej Biblioteki Publicznej w Szczecinie, prowadząca spotkanie.

– Chyba takiego jednego ulubionego, to nie mam. Najbardziej lubię mieszać gatunki w swoich powieściach, czyli nie skupiać się tylko na fantastyce, czy kryminale. Lubię dodawać trochę komedii, trochę powieści obyczajowej. Trudno mi więc wybrać jeden gatunek. Wybieram mieszankę.

– Mieszanki są najlepsze i chyba teraz na topie. Skąd Pani bierze inspiracje do swoich powieści?

– Też trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie. Nie potrafię określić skąd te pomysły na poszczególne książki się biorą. Na pewno do napisania „Kwiatu paproci”, czyli tego cyklu słowiańskiego, natchnęły mnie same Bieliny, które istnieją, są miejscowością w województwie świętokrzyskim. Tam mieszka rodzina mojego męża. Tam po raz pierwszy, jako totalny mieszczuch, poszłam do lasu na spacer (śmiech). Mieszkają w otulinie parku narodowego i te częste spacery natchnęły mnie do napisania „Kwiatu paproci”, dowiedzenia się czegokolwiek na temat słowiańszczyzny i wiary słowiańskiej, tej naszej, rodzimej. Jeżeli chodzi o cykl „W lekarskim fartuchu”, to tutaj natchnieniem był mój zawód, a szpital, który opisałam jest wzorowany na jednym z warszawskich szpitali, ale nie powiem na którym (śmiech), w którym spędziłam ponad rok mojej pracy. Te kafelki na podłodze są autentyczne i ta piwnica i szafki. Można stwierdzić, że to moje życie popycha mnie w stronę moich poszczególnych książek.

– Właśnie wyszła najnowsza książka „Ja, ocalona”, ostatni tom serii diabelsko  anielskiej, czekaliśmy na niego, jako czytelnicy, 10 lat. Został przyjęty bardzo dobrze. Jakie to uczucie wrócić po 10 latach?

– Dziwnie. Nie lubię takich powrotów, po latach, czy to do serii filmowych, czy serialowych, czy książkowych. Według mnie są bardzo ryzykowne. Można niechcący „odgrzać kotlet”, mówiąc potocznie. Podchodzę bardzo sceptycznie do tego typu zabiegów. I bardzo, bardzo długo się zastanawiałam, czy chcę napisać ten czwarty tom. Bo pomysł miałam już dwa lata po skończeniu trzeciego. Myślałam, że chciałabym pociągnąć tę historie kawałek dalej. Tylko cały czas jakieś nowe pomysły wpadały, jakieś nowe projekty, w które się angażowałam. Później ta „Ja ocalona” znowu się pojawiła „na tapecie”. Cztery, czy pięć lat temu zaangażowałam się bardzo mocno w „Kwiat paproci”. On się ogromnie spodobał moim fanom, więc nie miałam wyboru i musiałam go pisać dalej. Być może teraz ta cała pandemia miała na mnie wpływ, że chciałam wrócić do czegoś starego, do czegoś znanego. W tej nowej książce nawiązuję do Apokalipsy. To w zasadzie główny wątek tej powieści, ponieważ Lucyfer ma depresję i stwierdza, że ma już dość swojej pracy, bo jej szczerze nie cierpi, należą mu się wreszcie wakacje według niego, w związku z tym postanawia przyspieszyć Apokalipsę. I tak mam wrażenie, że poprzez napisanie tej książki miałam nadzieję, że to, co się teraz dzieje na świecie i u nas w kraju, to jest taka mała Apokalipsa i może znajdzie się ktoś, kto to powstrzyma w końcu, w którymś momencie.

– To takie ludzkie spojrzenie, nadanie ludzkiej twarzy postaciom znanych nam z różnych zwierzeń, z różnych mitologii. A jakby miała Pani wskazać ulubionego bohatera?

– Muszę przyznać, że najbardziej lubię diabła Azazela. To tak trochę przekornie, ponieważ kiedy zaczynałam pisać serię diabelsko – anielską, to wybrałam sobie Azazela jako takiego chłopca do bicia. Nie będą go lubić, jest taki wredny, pozbawiony empatii, jest po prostu zły. I chciałam na niego zwalać całą winę. A tu niespodziewanie się ta postać jakoś wywinęła z tych moich planów i pułapek. I muszę przyznać, że go autentycznie polubiłam. Jest diabłem, jest zły, ale jednocześnie jest też bardzo ludzki, niechcący. Ma ludzkie potrzeby, ma ludzkie emocje i gdzieś tę jego wredność potrafię zrozumieć i przez to stał się, w moim odczuciu, taki nawet pocieszny. I muszę przyznać, że się z nim bardzo zżyłam. Częściowo dla niego napisałam „Ja ocaloną” i za nim się zwyczajnie stęskniłam, nawet bardziej niż za głównym bohaterem, diabłem Beletem.

– Czy Pani by coś poprawiła w tych swoich starych książkach, a może chciałaby to zrobić teraz?

– Teraz zostały wznowione te trzy poprzednie tomy, odświeżone okładki, została wykonana korekta. Jeszcze raz przeczytałam te trzy tomy, ale nic nie zmieniałam, nie miałam takiej potrzeby. Podobny problem miałam podczas wznowień kilka lat temu „Wilka i „Wilczycy”, moich dwóch pierwszych powieści. Wtedy dostałam wolną rękę od wydawcy, że mogę robić co chcę, że mogę wszystko napisać praktycznie od nowa. Pokusa była olbrzymia. Warsztatowo są napisane gorzej od tego, co piszę teraz, siłą rzeczy. Na szczęście przez te wszystkie lata czegoś się nauczyłam (śmiech). Pokusa była olbrzymia żeby przerabiać „Wilka” i „Wilczycę”. Ale przestałam. Bo to byłoby oszustwo. Te książki napisałam jako 15-latka i powinny tak brzmieć. Jako, że już nie poprawiałam swojego debiutu, to wychodzę z założenia, że już nie będę poprawiała żadnych innych powieści. Nawet gdyby mnie to korciło strasznie, nawet jeżeli jakiegoś rozwiązania fabularnego dzisiaj żałuję.

– Czy ta czwarta część będzie ostatnia?

– Jest tam taka pewna furtka, lekko otwarta, którą można wykorzystać. Nadal było mi żal rozstawać się z Azazelem i resztą bohaterów. Ale myślę, że to jest taka historia, do której nie warto tak od razu wracać, tak mi się wydaje. Nie mówię, że za 10 lat znowu usiądę, ale chciałabym ją przez chwilę przemyśleć. Niech ci bohaterowie trochę pożyją. Może kiedyś wrócę, ale nie obiecuję.

– Przed 1 listopada dzieją się różne rzeczy poświęcone zmarłym, każda kultura pochyla się nad nimi. Jak w te święta świętowałaby Szeptucha?

– Przede wszystkim świętowałaby dwa razy do roku. Słowianie świętowali Święto Zmarłych na wiosnę i jesienią. Był to taki szczególny czas w którym można było spotkać się ze swoimi zmarłymi przodkami, ze swoją zmarłą rodziną. Wierzyli, że to jest szczególny okres w roku kiedy te dusze mogą wyjść z zaświatów i mogą znowu wędrować po naszym świecie. My ich do końca nie widzimy, ale możemy poczuć ich obecność. Moja Szeptucha tego dnia na pewno by nie zamiatała, żeby żadnej duszy nie zamieść sobie niechcący do domu, nie szyłaby ani nie cerowała, żeby nie przyszyć do siebie niechcący duszy, nie wylewałaby przez okno niczego, żeby duszy niechcący nie podlać. Ogólnie mało rzeczy by robiła, żeby niechcący tej duszy nie uszkodzić, gdyby podeszła za blisko. Słowianie wierzyli, że jak te dusze mogą wyjść, to muszą potem jakoś wrócić zanim noc się skończy. Jeżeliby nie zdążyły, to wtedy muszą zostać z nimi całe pół roku, do następnych świąt, a mogą nam wtedy napytać niezłych kłopotów. Ze zwyczajnej nudy, złośliwości, czy też przekorności. Szeptucha przygotowałaby jedzenie, coś dobrego do picia, jakiś znicz, jakieś kwiaty i poszłaby na cmentarz. Nasi przodkowie bardzo wesoło, w porównaniu do tego co się dzieje teraz, obchodzli Święto Zmarłych. Oni się cieszyli, że ci zmarli nas odwiedzają. To nie było święto polegające na płaczu, na smutnym wspominaniu, że kogoś już nie ma. Mi się to bardzo podoba w tym dawnym sposobie świętowania, że to było radosne święto. Że możemy tego dnia na grobie naszych bliskich się napić, coś zjeść. Oczywiście zostawić im to jedzenie, żeby mogli w spokoju zjeść jak my już pójdziemy do domu. Tak szczątkowo ten zwyczaj przetrwał np. w kulturze cygańskiej. Oni do dzisiaj także chodzą „zrobić imprezę” na cmentarzu ze swoimi zmarłymi. Szeptucha zapaliłaby światełko, które jest drogowskazem dla duszy, gdzie ma pójść, żeby wrócić.

Słowiańskim jest także zwyczaj stawiania dodatkowego talerza podczas Wigilii. Dużo takich zostało w naszej kulturze do dzisiaj, tylko jakoś o tym zapominamy. Bo Wielkanoc praktycznie cała. Nakrycie dziś stawianie jest dla wędrowca. Dawniej dla duszy, która mogła nas odwiedzić. Dzisiaj siano chowamy pod obrusem jako symbol stajenki, miejsca w którym się Jezus urodził. Ale to też zwyczaj słowiański.

– Czy aż tak bardzo zaczęliśmy bać się śmierci, że tak ponuro świętujemy ten czas?

– Z jednej strony chyba tak. Bo w Biblii jest bardzo dużo tego straszenia ogniem piekielnym. Jest niebo dla tych dobrych i piekło dla złych. Człowiek więc się może bać co się z nim stanie po śmierci. W wierze katolickiej jest też pojęcie grzechu. Słowianie tego nie znali, takiego pojęcia. U nich każdy kto umierał był równy i trafiał w to samo miejsce. Ewentualnie jeżeli umarł w niewłaściwy sposób mógł zostać zmieniony w słowiańskiego demona. Słowianie nie bali się śmierci, bo nie czekała ich po niej żadna kara. Czekało ich drugie życie pod okiem boga. A my dzisiaj mamy dwie możliwości – jedną fajną, drugą nie. I tak nie wiemy, w które miejsce trafimy. Stąd może ten strach przed śmiercią

– Czy może jest tak, że się ze śmiercią ponownie oswajamy? Widać pewną zmianę w mentalności ludzi.

– Nie ma co tą śmiercią straszyć, każdego nas czeka, pytanie tylko kiedy. Ewentualnie można się obawiać upływu czasu. Ale jeżeli wierzy się, że coś jest dalej, to czego się bać? Może jedynie rozłąki z bliskimi. Ale jeżeli trafiłoby się do słowiańskich zaświatów, to ta rozłąka tak naprawdę mija po pół roku, bo wtedy można wyjść i zobaczyć co słychać u naszych bliskich. Z psychologicznego punktu widzenia jest znacznie lepsze oswajanie myśli o śmierci poprzez np. tak obchodzone święto jak w Meksyku, czy amerykańskie Halloween, które ma swoje korzenie w celtyckiej wierze. Różne od tego współczesnego zamartwiania się i koniecznego płaczu. Ja bym wolała tak na wesoło.

– Do mnie też ta wersja o wiele bardziej przemawia. A Pani lubi święto zmarłych?

– Bardzo lubię. Podobają mi się bardzo cmentarze w święto zmarłych, takie rozświetlone, żywe, wbrew pozorom, pachnące, pełne ludzi. Lubię chodzić na cmentarz, choć być może nie robię tego tak często jak powinnam.

– Co Pani teraz dla nas pisze?

– Książkę dla dzieci, takich w wieku 10-12 lat. Mam nadzieję, że będzie to cała seria książek osadzonych w „Kwiecie paproci”. Akcja będzie trwała 12 lat po wydarzeniach z ‚Przesilenia”. Czwórka rodzeństwa będzie przeżywać takie nieco demoniczne przygody, bardzo słowiańskie, o których dorośli nic nie będą wiedzieć a dzieciaki będą musiały ich ratować z opresji z których sobie nawet nie zdają sprawy. Tymi książeczkami chciałabym przybliżyć młodszym czytelnikom tą naszą słowiańskość, bo według mnie za mało się o tym mówi w szkołach. A ona jest barwna i warto ją znać.

Spotkanie z Katarzyną Bereniką Miszczuk cieszyło się ogromnym zainteresowaniem czytelników, a zwłaszcza czytelniczek. Na bieżąco, na stronie MBP na Facebooku, komentowano wypowiedzi pisarki i zadawano pytania. Pisarka zapewniła, że jeżeli tylko będzie taka możliwość chętnie przyjedzie do Szczecina oraz odwiedzi Miejską Bibliotekę Publiczną.

Data publikacji
6 listopada, 2020
Udostępnij
Share on facebook
Share on twitter
Share on email

Zobacz też inne aktualności

Ponowne otwarcie biblioteki od 1 grudnia

Z przyjemnością informujemy, że od 1 grudnia ponownie otwieramy dla Was nasze filie! Zgodnie z rozporządzeniem RM, z zachowaniem niezbędnych środków ostrożności i limitów osób wskazanych w rozporządzeniu, ale z wolnym dostępem do półek.
 

Książki polecają się w bibliotece

Cieszymy się, ze tak chętnie wypożyczacie Państwo polecane przez nas książki, zatem przygotowaliśmy niespodziankę na ponowne otwarcie filii bibliotecznych. Wśród regałów w filii nr 28 (Pl. Lotników 7) pojawiły się kolorowe strzałki! Polecamy Wam książki, na które sami może nie...
 

Dracul [recenzja]

Potrójna opinia o nowości rynkowej pt. „Dracul” od wydawnictwa Czarna Owca. Jeden z autorów, Dacre Stoker, jest potomkiem słynnego Brama Stokera, co było silnie podkreślane podczas promocji książki, i ponoć podczas tworzenia tej historii oparł się na nowo odkrytych notatkach...
 
Scroll Up
Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych na zasadach określonych w polityce prywatności, Jeśli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie cookies we wskazanych w niej celach, prosimy o wyłącznie cookies w przeglądarce lub opuszczenie serwisu.
Skip to content