Biblioteka Miejska w Szczecinie

Miejska Biblioteka Publiczna w Szczecinie

Aktualnie znajdujesz się w dziale: Filia nr 54 (ProMedia) » DKK 54

DKK 54

DKK 54

Dyskusyjny Klub Książki przy filii bibliotecznej nr 54 zaprasza wszystkich wielbicieli książek w każdy pierwszy wtorek miesiąca o godz. 17.30. Spotkania prowadzi Anna Kucharska.

Na spotkaniu, które odbędzie się 5 grudnia, o godz. 17.30 porozmawiamy o książce „Rybacy” Chigozie Obioma.

Na spotkaniu, które odbyło się 7 listopada 2017, o godz. 17.30, rozmawialiśmy o książce „Królestwo” Emmanuela Carrère.

Na spotkaniu, które odbyło się 3 października 2017, o godz. 17.30, rozmawialiśmy o książce "Balladyny i romanse" Ignacego Karpowicza.

Na spotkaniu, które odbyło się 5 września 2017, o godz. 17.30, rozmawialiśmy o książce Jonathana Franzena "Korekty".

Na spotkaniu, które odbyło się 4 lipca 2017, o godz. 17.30 rozmawialiśmy o książce Michaela Crummey'a "Sweetland".

W czerwcu (06. 06. 2017) omawialiśmy  książkę „Piąte dziecko”, autor: Doris Lessing.


Podczas spotkania 9 maja 2017, o godz. 17.30, rozmawialiśmy o książce „Czerwone i czarne" Stendhala.

Na spotkaniu, które odbyło się 4 kwietnia, o godz. 17.30, rozmawialiśmy o książce „Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego.

Na spotkaniu, które odbyło się 7 marca 2017 o godz. 17.30, porozmawialiśmy o książce "Polak katolik?", autor: Stanisław Obirek.

Na spotkaniu, które odbyło się 7 lutego 2017 o godz. 17.30, porozmawialiśmy o książce „Chiny bez makijażu”, autor: Marcin Jacoby.

„Małe życie”
Na styczniowym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki na warsztat wzięliśmy prawdziwą cegłę, liczącą sobie ponad 800 stron, wielowątkową powieść Hanyi Yanagihary „Małe życie”. Książka opowiada o mieszkającej w Nowym Jorku, czwórce przyjaciół z college`u. Mamy więc Willema – początkującego aktora, czarnoskórego malarza JB, Malcolma, świeżo upieczonego architekta i na samym końcu absolwenta prawa –  Jude’a. o którym nikt prawie nic nie wie. Pomimo rozłożenia opowieści na cztery, zdawało by się równoważne wątki szybko okazuje się, że pierwszoplanową rolę gra Jude i... jego tajemnica.
Jeśli bowiem chcielibyśmy streścić, w jednym zdaniu, o czym tak naprawdę jest „Małe życie”, to mogłoby ono brzmieć: o tajemnicy i traumie, która niszczy życie. Wraz z rozwojem akcji, (która rozgrywa się na przestrzeni 40 lat) śledzimy losy głównych bohaterów ale przede wszystkim, po kawałeczku poznajemy historię Jude’a i dowiadujemy się, skąd biorą się jego napady paniki, paranoiczny lęk przed bliskością czy powtarzający się rytuał samookaleczenia.
Czy jednak wielkie cierpienie gwarantuje wielka literaturę? – możemy powtórzyć pytanie za jednym z polskich recenzentów. Zdania klubowiczów w tej kwestii były podzielone. Ogrom bólu i niesprawiedliwości, którego doświadczył w przeszłości główny bohater jest wręcz niesamowity. I chociaż zamiarem autorki było przekonanie nas, że cała ta nienawiść jaką Jude czuje do siebie, jest jak najbardziej usprawiedliwiona, to niektórym historia głównego bohatera wydała się przerysowana i nieco karykaturalna. Tak jakby w jego życiu – argumentowali – niczym w losach Hioba skumulowały się wszystkie niemalże możliwe nieszczęścia, które mogą dotknąć człowieka.   
Język, jakim napisano „Małe życie”, również budził spory. Nikt nie odmówił mu co prawda literackiego piękna ale części klubowiczów wydał się niepotrzebnie zapętlony. Yanagihara powtarza niektóre sekwencje do znudzenia, chcąc w ten sposób pokazać funkcjonowanie chorej duszy i albo akceptujemy taką narrację albo nie. Krytycy podkreślali też, że powieści brakuje wyraźnego tła. Chociaż akcja dzieje się w Nowym Jorku i padają tu nawet nazwy konkretnych ulic i restauracji, to jednak podczas lektury mamy rażenie jakbyśmy przebywali w miejscu nie do końca określonym.
Natomiast, bez wątpienia mocnym punktem książki było ukazanie niełatwych relacji Juda z jego przyjaciółmi i otoczeniem. Część klubowiczów nawet nazywało tę książkę afirmacją prawdziwej przyjaźni, takiej, która zastąpić może miłość. Czy to jednak wystarczy by jak krzyczy blurb na okładce uznać tę książkę za „Wstrząsający obraz dojrzewania, przyjaźni, traumy i sukcesu”? „Małym życiem” można się albo zachwycić albo rozczarować. Yanagihara nie zostawia miejsca na stany pośrednie.
[10 stycznia 2017]

-------------------------------------------

Na spotkaniu 6 grudnia 2016, o godz. 17.30, rozmawialiśmy o książce „Kolacja”, autor: Herman Koch.

-------------------------------------------

Podmajordomus minor
Ponieważ ostatnimi czasy na dworze panuje nam niemiłościwie listopadowa słota, postanowiliśmy, w ramach walki z jesienną depresją, poprawić sobie humor czymś lekkim, łatwym i przyjemnym. Wybór padł na książkę o wdzięcznie brzmiącym tytule „Podmajordomus minor” autorstwa Patricka DeWitta. Pisarza tego większość czytelników kojarzyć może z jego drugą książką, „Bracia Sisters”, która stała się bestsellerem i sprawiła, że o DeWittcie usłyszał cały świat.
Bohaterem nowej książki Kanadyjczyka jest młodzieniec imieniem Lucy, który po śmierci ojca postanawia opuścić rodzinną, nudną wioskę i zrobić coś ze swoim życiem.  Miejscowy ksiądz wynajduje mu posadę podmajordomusa – czyli pomocnika majordomusa - w odległym zamku barona von Aux. Wraz z rozwojem akcji Lucy poznaje dziwaczne dworzyszcze i kryjącą się za nim tajemnicę, zaprzyjaźnia się z równie osobliwymi mieszkańcami pobliskiej wioski.
„Podmajordomus” jest zarazem podobny i inny od „Braci”. Mamy tu ten sam ociekający ironią, humor, niezwykłych bohaterów i mocno wyczuwalną umowność całego świata przedstawionego.   Nowe dzieło Kanadyjczyka przypomina trochę baśń i jest to bez wątpienia zabieg zastosowany przez autora świadomie. Ale to nie jedyna gra z konwencją, jakiej podejmuje się DeWitt. W trakcie lektury napotkać możemy rożne tropy i odwołania, których dekodowanie może dostarczyć nielichej przyjemności.  
Wszyscy klubowicze zwrócili uwagę również na dziwaczny rytm narracji „Podmajordomusa”. Różnili się jedynie co do jej oceny. DeWitt sprawnie buduje historie, sprawiając, że angażujemy się w nią bez reszty, po czym przekreśla wszystko potężną dawką ironii i sarkazmu. Nic u Kanadyjczyka nie jest takie jakim się wydaje z początku. Jednych będzie to drażnić (i drażniło) inni zaś bawić się mogą doskonale (i tak też się bawili).
[8 listopada 2016]

Spotkanie z Judaszem

Pierwsze w tym roku akademickim spotkanie DKK poświęciliśmy książce "Judasz" żydowskiego pisarza Amosa Oza. Akcja powieści rozgrywa się na przełomie 1959-1960 w Jerozolimie, kilkanaście lat po utworzeniu państwa Izrael. Głównym bohaterem jest Szmuel Asz, którego poznajemy w chwili gdy jego całe dotychczasowe życie ulega zmianie. Szmuela zostawia dziewczyna, firma jego rodziców plajtuje, a on sam porzuca studia na Uniwersytecie Hebrajskim. Nie widząc za bardzo co ze sobą począć, natrafia na ogłoszenie, w którym ktoś w zamian za dotrzymywanie towarzystwa starszemu człowiekowi oferuje dach nad głową i niewielkie wynagrodzenie. Szmuel przyjmuje posadę, licząc na spokój, odrobinę samotności.  W ten sposób trafia do domu niepełnosprawnego nauczyciela Waldena i jego synowej Atali. Jak okaże się z czasem, dwójkę tych bohaterów łączy mroczna tajemnica, a ich losy nierozerwalnie splatają się z początkami Izraela. 

Drugim ważnym wątkiem powieści Oza jest postać "Judasza", ukazana w sposób odmienny od tego do czego przywykliśmy. Szmuel zbierając materiały do pracy o Jezusie zaczyna postrzegać wyklętego apostoła, nie jako zdrajcę, tylko najwierniejszego i pierwszego chrześcijanina, dzięki któremu Jezus stał się w oczach milionów ludzi Synem Bożym. 

Sami klubowicze różnie oceniali nowe dzieło Amosa Oza. Wpływ ma na to fakt, że Judasz jest powieścią pozbawioną wartkiej akcji. To bardziej intelektualna i emocjonalna podróż. Większość wydarzeń przedstawionych w książce rozgrywa się w starym domu bądź na ulicach zimowej Jerozolimy. Natomiast mocną stroną "Judasza" są bez wątpienia opisy zimowej Jerozolimy, które budują namacalną, fizyczną strukturę książki. Niektórzy dyskutanci mówili również o niechęci, jaką odczuwali wobec głównego bohatera. Szmuel wydał się im pretensjonalny i naiwny, a przy tym odpychający. Trudno nie dostrzec tu jednak celowego zabiegu samego Oza. 

Nie wszystkich zachwyciła otwarta struktura "Judasza". Wiele pojawiających się w książce wątków nie doczekała się zamknięcia. Nie wiadomo na przykład co dalej z pracą magisterską Szmula. Do jakich doszedł ostatecznie wniosków? Czy zmienił temat pracy i wreszcie, czy ją w ogóle napisze? Trudno również dostrzec jakąś znaczącą przemianę w życiu czy nawet charakterze bohatera. Ale to właśnie ta niejednoznaczność sprawiła, że tak dobrze się o "Judaszu" rozmawia. 
[12 października 2016]

 

Spotkanie organizacyjne
6 września, o godz. 17.30, odbyło się spotkanie organizacyjne. w którym wzięli udział stali klubowicze oraz miłośnicy książek, chcący przyłączyć się do naszych rozmów o literaturze.

Szczerek o Polsce B
Sierpniowe spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki poświęciliśmy książce Ziemowita Szczerka „Siódemka”. Szczerek, znany z takich reportaży jak „Przyjdzie Mordor i nas zje” czy „Tatuaż z Tryzubem”, napisał tym razem książkę drogi. Wraz z głównym bohaterem – dziennikarzem tabloidowego portalu internetowego – przemierzamy drogę krajową numer siedem, zagłębiając się w to, co niektórzy nazywają Polską kategorii B.
Proza Szczerka przypomina jednak bardziej narkotykowy trip, niż zwykłą relację z podróży. Już na samym początku bohater spotyka przebranego za Wiedźmina autostopowicza i kupuje od niego magiczne eliksiry. Potem jest tylko dziwniej i mocniej. Świat Siódemki pełen jest niezwykłych wydarzeń, halucynacji, a zaludniają go mocno przerysowane postacie. W narracji Szczerka prowincjonalna Polska jest zaściankowa, biedna, obskurna, zaś sam bohater wydaje się fizycznie cierpieć, widząc całą tę brzydotę i tandetę. Punktem zwrotnym podroży po siódemce są odwiedziny u Bajaja – tajemniczej postaci, która opowiada historię Imperium Lechitów. Jest to również symboliczny punkt kulminacyjny podroży po mapie Polskich kompleksów    
Siódemka to książka napisana inteligentnie i nie można odmówić jej wielu celnych spostrzeżeń, co przyznali również klubowicze. Jednak język tego autora – bardzo żywy i obrazowy, ale przez to niepokorny i wymykający się sztywnym ramom - dla wielu okazał się barierą nie do przebrnięcia.
Nie wszyscy podzielali również Szczerkowy punkt widzenia. Książek rozprawiających się mitami narodowymi napisano już naprawdę sporo. Na obronę autora można powiedzieć, że chociaż Szczerek szydzi z Polski B, z jej ułomności, nie jest przy tym bezlitosny. Rozczulają go bowiem kwietniki z opon Jelcza czy „rozpierdziel” wciąż tak charakterystyczny dla naszej prowincji.
[2 sierpnia 2016]

Małżeński stres bojowy
Na lipcowym spotkaniu DKK rozmawialiśmy o książce bardzo specyficznej czyli o „Miłości z kamienia” Grażyny Jagielskiej. Autorka jest żoną jednego z najbardziej znanych, polskich korespondentów wojennych, Wojciecha Jagielskiego. Jego książki i konfliktach w Czeczeni, Afganistanie czy Afryce były zawsze wielkim wydarzeniem literackim i zdobywały mnóstwo nagród. Jak się okazało, za sukces męża musiała zapłacić również Grażyna  
Historia Jagielskiej podzieliła klubowiczów. Nie wszystkim odpowiadało eksponowanie intymnych relacji małżeńskich i oskarżycielski ton jaki można znaleźć w książce. Jednak problem z „Miłością z kamienia” zaczyna się już od chwili gdy próbujemy przypisać ją do któregoś z  gatunków. Można by powiedzieć, że należy do gatunku „biografii niepokornych” czy też „towarzyszących”, których najbardziej znanym przykładem była książka Danuty Wałęsy „Marzenia i tajemnice”. Możemy więc od kuchni zobaczyć jak wygląda życie z reporterem, wojennym choć najczęściej przyglądamy się temu jak wygląda ono bez niego. Czekanie zdaje się być motywem przewodnim tej książki, zaczynem z którego wyrasta wszystko co złe. Nie jest to bowiem zwykłe czekanie tylko pełne napięcia oczekiwanie na TEN telefon. Czekanie, które jakoś trzeba wkomponować w swoje życie codzienne. W pewnej chwili okazuje się to być ponad siły Grażyny Jagielskiej.
Ale „Miłość z kamienia” jest o czymś więcej, niż tylko o rozpadzie psychiki. Jest to autobiografia, specyficzna, nie skupiająca się jednak tylko na wydarzeniach z życia bohaterki, ale przede wszystkim próbująca rozłożyć na części pierwsze skomplikowaną relację pomiędzy Grażyną, a jej mężem. Znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego to właśnie ona, a nie Wojciech, musiała leczyć się w klinice psychiatrycznej na syndrom stresu bojowego.
[5 lipca 2016]

Mroczny flirt z czytelnikami
Na ostatnim przed wakacjami spotkaniu dyskusyjnego klubu książki rozmawialiśmy o książce zgoła niewakacyjnej czyli o „Krwawym południku” Cormaca Mccarthego. Ten pochodzący z USA pisarz, scenarzysta i dramaturg  wymieniany jest jednym tchem z takimi tuzami amerykańskiej prozy jak Thomas Pynchon, Don DeLillo czy Philiph Roth. Nie dzieje się tak bez powodu.
Twórczość McCarthego nie jest łatwa w odbiorze. To proza, gęsta, mroczna, która nie pozostawia czytelnika obojętnym. Trudno więc dziwić się, że wśród klubowiczów książka miała zarówno swoich fanów jak i zagorzałych przeciwników. Tych pierwszych urzekł poetycki język Mccarthego, plastyczne obrazy dzikiej przyrody i minimalizm, który spotkać można we wszystkich utworach tego autora. Kontestatorzy natomiast zarzucali McCarthemu serwowanie czytelnikom ogromnej dawki okrucieństwa i jednostronny ogląd rzeczywistości. Bo przecież nawet na dzikim „krwawym” zachodzie musiało dziać czasem coś dobrego
Ale nawet przeciwnicy świata głoszonego przez McCarthego nie mogli odmówić jego prozie mocy oddziaływania. McCarthy na swój mroczny sposób flirtuje z czytelnikiem, bo chociaż wiemy, że  ogrom okrucieństwa w „Krwawym Południku” zbliża się do granicy nieprawdopodobieństwa, to jednak mamy przy tym świadomość, że wszystko to co opisuje wydarzyło się naprawdę. Że tak właśnie zdobywano i „cywilizowano” Amerykę.   
MacCarthy funduje nam jazdę w krainę krwi i szaleństwa gdzie próżno szukać zrozumiałych motywacji dla okrucieństwa i kolejnych zbrodni. „Krwawy południk” przywodzi na myśl „Czas Apokalipsy” i każdą inną twórczość eksplorującą mroczną stronę człowieczeństwa. Działa tu podobna zasada: dzięki temu, że dotykamy czegoś strasznego, dotknąć możemy również czegoś  prawdziwego.
Nie jest to na pewno książka, którą czyta się dla przyjemności (choć zależy jak definiuje się przyjemność). Pomimo to trudno się od niej oderwać. Jej lektura przypomina oddawanie szkodliwemu, ale bardzo przyjemnemu nałogowi.
[7 czerwca 2016]

Kochajmy design!
Na majowym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki rozmawialiśmy o książce Marcina Wichy „Jak przestałem kochać design”. To zbiór niedługich i lekkich tekstów, których treścią (jak sugeruje tytuł) powinny być zagadnienia związane z designem. Tak jednak nie jest, a przynajmniej nie do końca, gdyż trudno opisać takie zjawisko jak design bez zakreślania choćby w minimalnym stopniu tła kulturowo-politycznego, z którego niejako wyrasta. Wicha jednak nie ogranicza się tylko do tego. W swoich króciutkich tekstach zabiera nas na pozbawione resentymentu wycieczki do czasów PRL (kiedy to design w zasadzie nie istniał), pisze dużo o swoim ojcu, znanym projektancie, wyłapuje smaczki, znaki nadchodzących nowych czasów.  Bywa nawet, że rozprawia się z mitami, jak wtedy, kiedy pisze o polskiej szkole plakatu. Robi to jednak z wyczuciem, bez inkwizytorskich zapędów. Jest przy tym osobisty i szczery, jego postawa przypomina bardziej dziwiącego się wszystkiemu chłopca, niż bezlitosnego krytyka rzeczywistości.
Na wszystkich klubowiczach ogromne wrażenie zrobił styl autora. Wicha nawleka bowiem swoje teksty na narracyjną nić jak perełki na sznur, tworząc olśniewający naszyjnik w którym odbija się historia polskiego designu. Porównanie do pereł nie jest tu przypadkowe. Wicha jest niesamowitym gawędziarzem i erudytą. Każdy tekst to prawdziwy klejnocik - napisany pięknym językiem, ze smakiem. Po „Jak przestałem kochać design” czytelnik płynie, co chwila uśmiechając się pod nosem. Ogromna zasługa to Wichy, który jest wytrawnym obserwatorem, a przy tym potrafi opisać sprawy skomplikowane i wieloaspektowe w przystępny sposób.  
Wszyscy dyskutanci byli zgodni, że Wicha nienachalnie ale w sposób dobitny uświadamia nam, jak ważny jest design w codziennym życiu. I jak ważne są proporcje pomiędzy użytkowością, a ogólnie pojmowanym „pięknem”. To ważne kiedy pomyślimy o konkretach: o ławce w której uczeń ma spędzić wiele godzin albo o karcie do głosowania. Design otacza nas ze wszystkich stron, a Wicha jest po nim wspaniałym przewodnikiem.  
[10 maja 2016]

Piękne i mądre zwierzenia
Na kwietniowe spotkanie DKK wybraliśmy pozycję dość niezwykłą. Mowa o „Zwierzeniach Jeżozwierza”, afrykańskiego pisarza Alaina Mobanckou. Trudno jednoznacznie powiedzieć czym są „Zwierzenia…”. Przypominają zarówno bajki zwierzęce La Fontaine'a, jak i przypowieści, ale przetrawione przez odmienną, afrykańską mentalność. Głównym narratorem książki jest Jeżozwierz, który zabiera nas do niewielkiej wioski, w świat gdzie czarna magia jest czymś normalnym i każdy ma swojego sobowtóra. Niektórzy nawet szkodliwego. Takim kimś jest właśnie tytułowy Jeżozwierz, który na polecenie swojego mistrza – Kibandiego pomaga mu w jego niecnych intrygach.
Niektórym klubowiczom nie przypadła do gustu prosta narracja i nieskomplikowana historia  „Zwierzeń Jeżozwierza”. I faktycznie, każdy kto spodziewa się rozbudowanej, wielowątkowej fabuły - zawiedzie się. Z drugiej jednak strony, afrykańska wioska to mikrokosmos, w którym zobaczyć można to samo co w wielkim świecie.  
Niewątpliwa zaletą książki są odniesienia do znanych dzieł i pisarzy, wplecione tak naturalnie w narrację, że wielu innych twórców może Mabanckou tej umiejętności pozazdrościć.   
Snucie na poły bajkowej historii jest dla kongijskiego pisarza, również okazją do refleksji na wiele innych tematów. Widać to w scenach, gdy do wioski przybywają biali etnologowie, albo wraca syn mieszkańców – oczytany i wykształcony na uniwersytecie. Wszystko to widziane oczami człowieka stamtąd (Mabanckou urodził się w Kongo i studiował w Paryżu, a następnie wyjechał do USA, gdzie obecnie wykłada na Uniwersytecie w Kalifornii), wzbogacone wierzeniami i legendami afrykańskimi tworzy naprawdę smakowity koktajl.
Co ciekawe afrykańska rzeczywistość wychodzi bez szwanku z konfrontacji ze światem zachodnim. To raczej nasze kryteria i sposoby myślenia wydają się zupełnie nieadekwatne, a także nieprzystające do tamtego świata.
Mabanckou jednak nie wartościuje. Dlatego zapewne „Zwierzenia Jeżozwierza” są literaturą piękną i mądrą jednocześnie.
[5 kwietnia 2016]

Książka niezwykła
Na kolejne spotkanie dyskusyjnego klubu książki wybraliśmy pozycję, która nęciła mój wzrok od kiedy tylko pojawiła w bibliotece. Mowa tu o „Wyznaję” J. Cabre, książce katalońskiego profesora, która ostatnimi czasy podbija listy bestsellerów w całej Europie.
Trudno w jednym akapicie streścić o czym traktuje „Wyznaję”. To historia Adriana Ardevola – niekochanego dziecka i genialnego filologa, to historia zła w rożnych jego przejawach od Świętej Inkwizycji, przez Holocaust, aż po małe, prywatne zło. To również opowieść o miłości i o jej braku. To opowieść totalna i być może słusznie, niektórzy krytycy chcą stawiać Cabre obok Manna, Vargasa Llosy czy Eco. Lektura „Wyznaję” przypomina czasem kryminał, gdzie śledzimy kolejne wątki, a czasem traktat filozoficzny i jedno drugie doskonale uzupełnia.
Jaume Cabre odebrał gruntowne wykształcenie muzyczne i często jego twórczość oparta jest na strukturze kompozycyjnej znanych dzieł muzyki klasycznej. Nie inaczej jest w wypadku „Wyznaję”, które najbardziej przypomina symfonię. Mnogość wątków i motywów wzajemnie przeplatających się oraz splatających, naprawdę sprawia, że lektura podobna jest do obcowania z wybitnym utworem muzycznym.
Wyznaję to książka niezwykła. Wywołująca skrajne emocje: od uwielbienia po niechęć. Widać to było również po reakcjach naszych klubowiczów. Większość była zachwycona, pojawiły się jednak głosy krytyczne. Niektórzy nie wiedzieli po co autor miałby komplikować lekturę nagłymi zmianami narracji z pierwszoosobowej na trzecioosobową, co często ma miejsce w książce Cabre. Również wielowątkowa fabuła, której śledzenie wymaga od czytelnika maksymalnego skupienia, nie wszystkich chwyciła za serce.
W czasie dyskusji przeważały jednak głosy chwalące Cabre, jego przenikliwe oko obserwatora i maestrie pisarską. Ku mojej radości okazało się, że gdy kierowany głosem intuicji, wybrałem książkę katalońskiego profesora ze zdjęciem niepozornego chłopca na okładce, zrobiłem dobrze. Parafrazując słowa jednego z bohaterów: Warto sięgać tylko po książki, do których będziemy wracać. Paradoks polega na tym, że nie wiemy, które to są, dopóki chociaż raz ich nie przeczytamy. „Wyznaję” Jaume Cabre ma szansę stać się właśnie taką książką.
[1 marca 2016]

„Służące” Kataryn Stockett
Na pierwszym w tym roku spotkaniu DKK zajęliśmy się książką Kathryn Stockett „Służące”. Akcja tej obyczajowej powieści rozgrywa się w Missisipi w latach 60 ubiegłego wieku i opowiada o życiu czarnoskórych służących zatrudnionych w „białych” domach.  
„Służące” to opowieść o segregacji, życiu w lęku i upokorzeniu, a także o walce ze stereotypami oraz przezwyciężaniu własnych słabości. Bohaterkami tej książki są bez wątpienia Afroamerykanki, ale Stockett udało się również całkiem sprawnie sportretować świat białych kobiet z południa - pracodawczyń tytułowych służących.
Książka wzbudziła wśród klubowiczów mieszane emocje. Z jednej strony chwalili autorkę za sprawne rzemiosło pisarskie, z drugiej uznali, że powieść przypomina laurkę dedykowaną afroamerykańskim służącym. I faktycznie, czytając posłowie autorki, w którym opowiada o dzieciństwie i swojej czarnoskórej niani, trudno oprzeć się temu wrażeniu. Wielka szkoda, że Stockett nie eksplorowała innego wątku, o którym również wspomina w posłowiu. Mowa tu o niejednoznaczności, jaką zabarwione były wówczas wszystkie relacje łączące czarnych i białych. Stockett traktowała nianię jak członka rodziny, nie widząc w niej jednak odrębnej osoby, która ma swoje życie, marzenia, aspiracje. Ponieważ ta wychowała się na plantacji, pisarka do pewnego momentu uważała, że służba w ich domu to dla niani wielkie szczęście.    
Wielu dyskutantów, czytając książkę, miało wrażenie, że jej akcja rozgrywa się tuż po II Wojnie Światowej, albo jeszcze wcześniej. Dopiero wzmianki o ówczesnych wydarzeniach politycznych przypominały im, że to lata sześćdziesiąte. Z jednej strony można uznać to za wadę, z drugiej jednak za celowy zabieg autorki, która w ten sposób chciała pokazać, jak wolno zmieniało się południe Stanów Zjednoczonych.  
[5 stycznia 2016]

„Trębacz z Tembissy. Droga do Mandeli”
Pierwszego grudnia spotkaliśmy się w licznym, dziesięcioosobowym gronie, aby porozmawiać o książce Wojciecha Jagielskiego „Trębacz z Tembissy. Droga do Mandeli”. Reportaż składa się z trzech wątków: historii samego Mandeli, opowieści o życiu Freddiego Saddama Maakego - fanatycznego kibica futbolu i jednocześnie wynalazcy wuwuzeli oraz wplecionych w to dygresji, dotyczących samego Jagielskiego. To także książka o „nie spotkaniu” Nelsona Mandeli - gdyż Jagielskiemu pomimo usilnych starań, nie udało się nigdy umówić z czarnoskórym prezydentem na rozmowę.
Już na samym początku dyskusji, klubowicze zauważyli, że książka ta rożni się od poprzednich pozycji Jagielskiego, które powstawały na świeżo, w ogniu walki, niemalże pod lufami karabinów. W „Drodze do Mandeli” Jagielski robi dwa kroki wstecz by lepiej przyjrzeć się życiu najbardziej znanego, afrykańskiego prezydenta. Śledzi losy Mandeli od jego narodzin aż do roku 2010 kiedy to w RPA odbywają się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Na tym tle poznajemy również historię Freddiego Saddama Maakego - typowego czarnoskórego Afrykanina, któremu przyszło żyć w bardzo burzliwych czasach.

Jagielski, oprócz zajmowania się Afryką i samym Mandelą pisze również dużo o sobie. Znaczące jest, że „Droga do Mandeli” ukazała się już po publikacji książki Grażyny Jagielskiej, żony Wojciecha, „Miłość z kamienia”, w której opisuje ona życie partnerki korespondenta wojennego i ogromne koszty, które musiała w związku z tym ponieść. Nowy reportaż Jagielskiego można więc traktować również jako publiczną spowiedź czy swoiste wyznanie.
Niektórzy podnosili to jako zarzut. Jagielski - mówili - bardziej jest zainteresowany rozliczeniem się z samym sobą i znalezieniem potwierdzenia słuszności swojej drogi życiowej niż opowiedzeniem frapującej historii. Inni dyskutanci twierdzili natomiast, że refleksyjność tej książki, odróżniająca ją od poprzednich dokonań Jagielskiego, absolutnie nie jest wadą.
Jednego wszakże „Drodze do Mandeli” nie można odmówić”: to książka o pasji, która była udziałem zarówno Mandeli, Saddama jak i samego Jagielskiego, i o tym jak co dzieje się gdy oddamy się jej bez reszty.
[1 grudnia 2015]

Na spotkaniu 10 listopada 2015, o godz. 17.30, rozmawialiśmy o książce „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” Charlie LeDuff.

Na spotkaniu w dniu 6 października 2015, o godz. 17.30, rozmawialiśmy o książce Alice Hoffman „Gołębiarki".

W dniu 1 września 2015, o godz. 17.30 odbyło się spotkanie, podczas którego wybraliśmy tytuły, o których będziemy dyskutować  w drugiej połowie roku.

Czytając Houellebecqa na Łące
We wtorek, 4 sierpnia, znów spotkaliśmy się na Łące Kany, by rozmawiać o książkach. Chociaż bezlitosne słońce prażyło niemiłosiernie, a temperatura przekroczyła 30 stopni, nie przeszkodziło nam to w prowadzeniu gorącej dyskusji. Schowani w cieniu Kanowego wigwamu, z zapasem zimnej wody, zajęliśmy się  tym razem książką, którą z pewnością nie można nazwać wakacyjną. Mowa tu o „Możliwości wyspy” Michella Houellebecqa. Wydana w 2005 roku książka, to przedziwny kolaż, łączący w sobie powieść obyczajowo-psychologiczną z elementami science fiction. Jej akcja rozgrywa się na dwóch planach czasowych: współcześnie i za dwa tysiące lat, w postapokaliptycznej rzeczywistości neoludzi. Głównym bohaterem jest Daniel oraz jego następne wcielenia lub klony. Kolejne wersje Daniela egzystują w specjalnych, wyizolowanych warunkach, a ich jedynym zadaniem jest studiowanie historii swoich poprzedników.  
Nie sam pomysł na fabułę jednak stanowi o wartości powieści. Jak dobrze wiedzą fani francuskiego obrazoburcy, pisarstwo Houellebecqa zachwyca wnikliwymi obserwacjami otaczającej nas rzeczywistości. Choć książka ma już 10 lat, nie zestarzała się tak bardzo (mimo, że bohaterowie nie używają Facebooka, jak słusznie zauważyła jedna z klubowiczek), a większość diagnoz Houellebecqa jest wciąż aktualna. Narcyzm, cynizm, atomizacja społeczeństwa, kult młodości i piękna, pogarda starości - tym przepojona jest według francuskiego skandalisty zachodnia cywilizacja. Dla Houllebecqa nie ma tematów tabu, a jego proza nie jest łatwa w odbiorze – z  czym zgodzili się wszyscy dyskutanci, szczególnie podczas rozmowy o głównym bohaterze Danielu. W opinii jednych był cynikiem, „człowiekiem na miarę  swoich czasów”, który na samym końcu, otrzymuje słuszną zapłatę za swoje życie. Inni klubowicze zaś, widzieli w nim postać tragiczną. Kogoś kto chce kochać, ale nie potrafi, kto podlega takim samym niszczącym prawom współczesności jak inni.
Na pewno warta wspomnienia jest jeszcze jedna kwestia. Prawdopodobnie po raz  pierwszy, zdarzyło się, że każdy z nas, podczas lektury natrafiał w książce na zdania idealnie pointujące jakiś fragment rzeczywistości, którym potem chciał się podzielić z innymi. W tym zdaje się tkwi siła prozy Houellebecqa.  
Idealnym podsumowaniem sierpniowego DKK jest zdanie znalezione w czeluściach internetu: „Nie lubię czytać książek Houellebecqa, bo są chropowate i trudne w odbiorze, ale będę to robił, gdyż są to książki ważne”.
[4 sierpnia 2015]

Dwaj pisarze w Nowym Jorku
Pierwsza wakacyjna odsłona DKK należała do bardzo nietypowych. Stało się tak głównie z uwagi na miejsce, w którym się spotkaliśmy. Dzięki uprzejmości Ośrodka Teatralnego Kana mogliśmy spędzić czas na świeżym powietrzu (na ich Łące, w wigwamie), wygodnie rozpierając się na leżakach.  
W tak komfortowych warunkach przyszło nam rozmawiać o książce Janusza Głowackiego „Good Night Dżerzi”, poświęconej Jerzemu Kosińskiemu. Zarówno postać bohatera, jak i jego twórczość (z najbardziej znanym „Malowanym ptakiem” na czele), wzbudza po dziś dzień wiele kontrowersji. Kosińskiego swego czasu oskarżano o antypolskość, zarzucano mu plagiat, kłamstwa, a o jego życiu seksualnym krążyły mroczne legendy. Wydawało by się więc, że życie Kosińskiego jest idealnym materiałem na książkę biograficzną. „Good night Dżerzi”, jednak biografią sensu stricte nie jest. To raczej literacka wariacja na temat autora słynnego „Malowanego Ptaka”.
Już samo to sprawia, że trudno jest odnieść się do wydarzeń przedstawionych w książce. Nie  wiadomo, czy to co spotyka bohatera, to prawda czy zmyślenie Głowackiego. Jeśli ktoś oczekiwałby, że po lekturze „Good night Dżerzi” dowie się więcej o Jerzym Kosińskim, srodze się zawiedzie.
Razem z klubowiczami zastanawialiśmy się dlaczego Głowacki zdecydował się na takie właśnie ujęcie tematu. W czasie dyskusji pojawiła interpretacja według której Kosiński przedstawia uniwersalny obraz człowieka dążącego do samozagłady. Uwikłanego w wyścig szczurów, cierpiącego, ale i cynicznego, w którym wszystkie wyższe uczucia został stłamszone.  
Pewnym tropem są tutaj też podobieństwa biografii Kosińskiego i Głowackiego. Obaj są przecież pisarzami, wyjechali z kraju i mieszkali w Nowym Jorku. Próbowali się wybić oraz zaistnieć w Ameryce - krainie nieograniczonych możliwości.
Niewątpliwą zaletą książki, co podkreślali klubowicze, jest literacka panorama Nowego Jorku. Miasta brudnego, pełnego niesprawiedliwości i złamanych ludzi. W tym mikroświecie zdaje się ogniskować obraz amerykańskich elit: żądnych sławy i pieniędzy, pozbawionych jakichkolwiek skrupułów.
Na tym tle Kosiński nie wydaje się już tak demoniczny. Raczej wpisuje się w obraz miasta (czy szerzej społeczeństwa), które winduje ludzi na sam szczyt, a potem, kiedy opatrzą się i znudzą, zrzuca ich z piedestału.
[7 lipca 2015]

Kobiety i wojna
Czerwcowe i ostatnie przed wakacjami spotkanie DKK, poświęciliśmy książce zgoła niewakacyjnej.  Mowa tu o pozycji „Wojna nie ma w sobie nic kobiety.” S. Aleksijewicz. 
Jest to obszerny, tworzony latami, reportaż o kobietach służących w czasie II Wojny Światowej, w szeregach Armii Czerwonej. I to nie tylko (do czego przyzwyczaiła nas literatura i film) jako sanitariuszki czy łączniczki, ale również na pierwszej linii. W zwiadzie, wśród strzelców wyborowych, jako saperki. Ramię w ramię z mężczyznami. 
Już na samym początku dyskutanci zwrócili uwagę na rzecz z pozoru oczywistą, ale szalenie ważną. Czyli na to kto opowiada nam swoje historie. Nieobecna, jak dotąd, w męskich narracjach wojennych, kobieca perspektywa zelektryzowała wszystkich w czasie lektury. Autorka zbierała materiały do książki spotykając się przez wiele lat z weterankami II WS i to właśnie swoim bohaterkom oddaje głos. To ich relacja jest najważniejsza.  
Efekt tego posunięcia jest piorunujący. Mamy więc do czynienia, nie tylko z opowieścią wielogłosową, ale przede wszystkim inną od tego do czego przywykliśmy. W reportażu Aleksijewicz widać wojnę bez filtra patosu i racjonalizmu, który zakłamuje rzeczywisty obraz wydarzeń. Odmienną i postawioną czasami w opozycji do relacji mężczyzn. Do głosu częściej dochodzą uczucia. Weterankom w chwilach szczerości łatwiej jest przyznać się nie tylko do strachu, złości czy zwątpienia nawiedzających ich w czasie walki, ale także do litości czy miłości.   Opowieść snuta przez kolejne weteranki to dla nich często jedyna okazja by mogły pokazać „swoją” wojnę. 
Tym bardziej, że żołnierki Armii Czerwonej narażone były na zupełnie inne cierpienia niż mężczyźni. I to zarówno na wojnie, jak i po niej. Również klubowiczów wzburzył los rosyjskich weteranek II WS. Po powrocie do kraju, częstokroć uznawane były za kobiety drugiej kategorii. Nazywane „frontówkami”, sekowane przez pozostałe kobiety i mężczyzn (którzy przed chwilą byli ich towarzyszami broni) cierpiały jeszcze długo po zakończeniu walki.   
Wiele miejsca w dyskusji poświęciliśmy również rosyjskiej, czy może radzieckiej tożsamości narodowej. Klubowicze zwrócili uwagę na to, że ideologia i nierozerwalnie spleciony z nią patriotyzm nie podlegały jednoznacznej ocenie. Z jednej strony pozwalały przetrwać wojenne piekło i usprawiedliwić moralnie wątpliwe postępowanie. Z drugiej jednak uniemożliwiały, nawet po latach, obiektywne spojrzenie na własną historię. Stanowiły twardą skorupę, przez którą z wielkim trudem przebijała się dramatyczna opowieść kobiet, stojących w obliczu rzeczy często niewyobrażalnych.
[4 czerwca 2015]

"Księga Diny"
Majowe spotkanie DKK poświeciliśmy utworowi Herbjørg Wassmo „Księga Diny”. To książka skupiająca się wokół historia życia tytułowej bohaterki, która jak sama o sobie mówi: „robi to co chce”, a „ci których kocha umierają”. Dzika, częstokroć okrutna, ale również niespotykanie prawdziwa postać Diny sprawiła, że temperatura dyskusji bliska była wrzenia.
Główna bohaterka, kiedy ma zaledwie sześć lat, nieumyślnie zabija swoją matkę, Hjertrud. Dziewczynka odblokowuje mechanizm podtrzymujący gar z wrzącym ługiem i substancja wylewa się na Hjertrud, która kona w męczarniach. Matka jednak nie znika całkowicie z życia Diny – pozostaje z nią w sposób, który wymyka się pojmowaniu osób z jej otoczenia. 
Dina, odrzucona przez ojca, który nie potrafi uporać się z traumą, zamienia się w dziką dziewczynkę (a z czasem kobietę) do której prawie nikt nie ma dostępu. Wydana za mąż, za dużo od siebie starszego Jakuba, przejmuje po jego śmierci majątek i staje się tym kim zawsze chciała być. Panią swego losu.   
Bohaterka jak i sama powieść nie pozostawiła nikogo obojętnym. Już na początku dyskusji klubowicze podzielili się na dwa obozy. Jedni chcieli widzieć w kontakcie z duchami  reminiscencje realizmu magicznego - obecnego chociażby w twórczości pisarzy Iberoamerykańskich. Drudzy swoiste przetworzenie traumatycznych doświadczeń, oznakę choroby, trawiącej serce i umysł bohaterki.
Jednak, jak zgodnie stwierdzili uczestnicy spotkania, „Księga Diny” nie jest  tylko historią o skrzywdzonym dziecku. To powieść wielowymiarowa i niejednoznaczna, którą odczytywać można na wiele sposobów. Próbowaliśmy więc spojrzeć na „Księgę Diny”, jak na opowieść o silnej kobiecie i słabych mężczyznach. Bowiem niemalże wszyscy mężczyźni, którzy pojawili się w życiu Diny zawodzą ją. Nie potrafią poradzić sobie ze swoimi uczuciami, kierują nimi niskie pobudki i prymitywne instynkty. Z drugiej strony bohaterka niezdolna jest komukolwiek zaufać. Traktuje  płeć przeciwną instrumentalnie. Nie daje się pokochać i nie jest w stanie obdarzyć kogoś miłością inną niż destrukcyjna. Jedyny mężczyzna, który był w stanie zbliżyć się do Diny musi zapłacić za to straszliwą cenę. 
Księga Diny to powieść bez wątpienia mroczna, pulsująca ukrytymi instynktami oraz uczuciami. Wciąga nas w sam środek emocjonalnego huraganu. To opowieść o tym, że brak miłości to choroba zakaźna, która  rozprzestrzenia się i niszczy wszystko wokół siebie.
[12 maja 2015]

Mroczny świat Dukaja
Kwietniowe spotkanie DKK w naszej filii, na które przybyło dziewięć osób, poświęciliśmy najnowszej książce Jacka Dukaja – „Wrońcowi”. Pisarz uraczył nas opowieścią dziwną, surrealistyczną, niepokojącą, mroczną i niezwykłą. Jakże inaczej zresztą mogłaby się przedstawiać baśń o... stanie wojennym w Polsce. Mimo, że czas akcji i miejsce da się na tej podstawie jasno określić, znajdujemy się najprawdopodobniej w Warszawie, w ponurych dniach grudnia 1981 roku – to dzięki baśniowej konwencji natychmiast przenosimy się do nieokreślonego „bezczasu”, a na znamienne dla najnowszej historii naszego kraju wydarzenia patrzymy oczyma małego chłopca, Adasia. Główny bohater tej historii zostaje gwałtownie wrzucony w obcy, wrogi świat, zamieszkany przez groźne, demoniczne istoty: bubeków, milipantów, Złomoty i puchacze-słuchacze, świat pozbawiony kolorów i zbudowany z wszechogarniającej szarości. Nad tą krainą smutku i beznadziei niepodzielnie panuje nieuchwytny Wroniec, który porwał rodzinę Adasia.    
W opinii klubowiczów we „Wrońcu” autor przedstawia swój osobisty stosunek do okresu stanu wojennego. Warto zauważyć – zwrócił uwagę jeden z nich – że baśń Dukaja wcale nie kończy się dobrze, ponieważ Adaś, aby uwolnić swoich rodziców, pije krew szkaradnego ptaka i w efekcie zaprzedaje mu duszę. Wyrażony został również ciekawy pogląd, że literackim prototypem Adasia jest jedna z głównych postaci niegdysiejszej opozycji, obecnie redaktor popularnego dziennika. Dyskusja, jaką toczyła się wokół „Wrońca”, dotyczyła naszego współczesnego postrzegania stanu wojennego, relacji łączącej przeszłość z teraźniejszością.
Tomasz Połoński
[2 kwietnia 2015]

Eksperyment bez konsekwencji
Na przedwiosennym spotkaniu DKK w filii bibliotecznej nr 54, „ProMedia”, zgromadziło się pięciu uczestników, w tym jedna nowa osoba. Omawiana pozycja – „E-migranci” S. Maushart – skłoniła nas do refleksji nad bliskim nam wszystkim zagadnieniem, jakim jest wpływ technologii na życie współczesnego człowieka. Autorka wspomnianej książki – z zawodu dziennikarka, a prywatnie matka trojga dzieci – zdaje obszerną relację z przedsięwzięcia (zwanego prze nią samą „Eksperymentem”), które polegało na całkowitym usunięciu ze swojego otoczenia wszystkich nowoczesnych urządzeń elektronicznych, rzekomo niezbędnych do funkcjonowania i komunikacji w obecnym społeczeństwie informacyjnym (cokolwiek to pojęcie miałoby oznaczać). Jednak w naszym przekonaniu to skądinąd ambitne przedsięwzięcie zakończyło się niestety fiaskiem, ponieważ trudno było stwierdzić jakąkolwiek wewnętrzną przemianę uczestników tego „elektronicznego detoksu”. Odnosiło się raczej wrażenie, że po zakończeniu planowanej kwarantanny beztrosko powrócili do niedawno porzuconych nawyków.
W naszej zgodnej opinii „E-migranci”, pomimo ważkości poruszanych problemów, nie są lekturą pasjonującą. Kolejne rozdziały rażą wymuszonym dramatyzmem, sprawiają wrażenie niepotrzebnie rozciągniętych, tak jakby ich rozpiętość miała maskować brak istotnej treści. Maushart często ucieka w dygresje i zarzuca czytelnika mnóstwem nieistotnych szczegółów, drobiazgowo roztrząsając pozbawione faktycznego znaczenia błahostki. Irytuje ponadto nienaturalność jej stylu, w którym wyraźnie wyczuwalne są konwencjonalność i sztuczność „amerykańskiego luzu”. Tym niemniej książka stała się podstawą ciekawej rozmowy o tym, jak dalece jesteśmy uzależnieni od rzeczy, które podobno mają nam służyć, gdy tymczasem okazuje się, że biorą nas w niewolę.
Tomasz Połoński
[4 marca 2015]   

Ze środka świata – wzwyż
Lutowe zebranie Dyskusyjnego Klubu Książki w „ProMedia” stało się – by nawiązać do treści omawianego „Grandhotelu”, Jaroslava Rudiša – drogą w górę poprzez chmury. Mimo że spotkaliśmy się w niewielkim gronie, wywiązała się dyskusja żywa i pełna nieoczekiwanych zwrotów, a najnowsza powieść czeskiego autora uzyskała zarówno aprobatę, jak i napotkała krytykę. Ambiwalentna okazała się dla klubowiczów postać Fleischmana, głównego bohatera i zarazem narratora powieści. Przez niektórych odebrany został jako oderwany od rzeczywistości marzyciel, przesadnie skupiony na własnym wnętrzu, co skutkuje dlań zaburzonymi relacjami z innymi ludźmi, a zwłaszcza z kobietami. Inni podziwiali jednak odwagę i samodzielność, nietuzinkowy sposób myślenia i autentyczność, o które Fleischman gotów był walczyć nawet za cenę wyobcowania i samotności.
Wydaje się – jak uznaliśmy w toku rozmowy – że najważniejszy w powieści Rudiša jest jej wymiar symboliczny. Tytułowy Grandhotel, znajdujący się na szczycie góry, wyraźnie pełni funkcję „środka świata”, w którym żyją bohaterowie, i został przez autora przedstawiony w sposób mityczny, jako sfera pośrednia między ziemią a niebem. Natomiast kulminacyjna scena lotu ku chmurom w prowizorycznie skonstruowanym balonie to alegoryczny obraz przedstawiający metafizyczną „drogę duszy wzwyż” (by posłużyć się terminologią zaczerpniętą z tradycji platońskiej, do której czeski autor pośrednio nawiązuje); ów lot wieńczy podjęty przez głównego bohatera wysiłek zmierzający do przekroczenia swoich ograniczeń, pozyskania głębszego wglądu w rzeczywistość i rządzące nią prawa, by tym samym lepiej zrozumieć samego siebie oraz żyć pełniejszym i prawdziwszym życiem.
Tomasz Połoński
[4 lutego 2015]

Eksperyment z dziennikiem
Tematem styczniowego spotkania naszego Klubu, które przyciągnęło dużą grupę zainteresowanych (osiem osób), była najnowsza książka Paula Austera „Dziennik zimowy”. Z przyjemnością powitaliśmy w naszym gronie nowych klubowiczów i mamy nadzieję, że zechcą z nami pozostać już na stałe. Wysoka frekwencja, jak się wydaje, była częściowo spowodowana wyborem pozycji, ponieważ autobiografia Austera jest lekturą co najmniej intrygującą. Na zachętę można jeszcze wspomnieć, że korzenie Austera – na stałe mieszkającego w Nowym Jorku – sięgają galicyjskiego Stanisławowa, skąd dziadkowie pisarza wyemigrowali w ostatnich dekadach XIX wieku.
„Dziennik zimowy” podzielił grupę na swoich zwolenników i przeciwników: krytycznie nastawieni wskazywali na brak jednolitej, spajającej cały tekst koncepcji, tak jakby stanowił on konglomerat zatomizowanych i pozbawionych wspólnego mianownika faktów, w dodatku rejestrowanych wyrywkowo i pobieżnie. „Dziennik...” jest dziennikiem tylko z nazwy – argumentowali krytycy – ponieważ nie jest chronologicznie uporządkowanym zapisem, ale retrospekcją, w dodatku mocno rozczłonkowaną i powierzchowną. Entuzjaści bronili jednak Austera, choć przyznali, że po pisarzu tej klasy spodziewali się mimo wszystko czegoś zupełnie innego. Padła również z ich strony sugestia, że łamanie konwencji autobiograficznej nie jest przypadkowe, ale służy głębszemu i subtelniejszemu celowi.
Dyskusja była żywiołowa i porywająca, ferment narastał, coraz to nowe wątki i spostrzeżenia wypływały na powierzchnię, poszczególni klubowicze co i rusz przechodzili z jednego „obozu” do drugiego, entuzjaści stawali się krytykami i na odwrót, to chwalono, to znów ganiono ostatnie dokonanie Austera. Ale z tej umysłowej burzy stopniowo zaczynały wyłaniać  się wnioski, niejako godzące oba stanowiska. „Dziennik zimowy” – jak uznaliśmy – stanowi pewnego rodzaju eksperyment, jest jak gdyby pokruszoną mozaiką, którą każdy czytelnik musi złożyć samodzielnie i własnymi metodami przywrócić jej spoistość. To bardzo specyficzna układanka, ponieważ każdy zabierze się do tej pracy na swój sposób i otrzyma tym samym zupełnie inny obraz. Bo „Dziennik zimowy” ostatecznie stanowi zwierciadło, w którym każdy z nas może zobaczyć – by użyć słów samego Austera – „inną wersję samego siebie”. Dlatego warto sięgnąć po tę pozycję, a kolejna z omawianych książek („Grandhotel” J. Rudiša) z pewnością okaże się przyczynkiem do równie interesującej rozmowy.
Tomasz Połoński
[8 stycznia 2015]

Okrutna wyspa
Grudniowe spotkaniu DKK w „ProMedia” (uczestniczyły w nim cztery zapisane osoby, choć klubowy egzemplarz książki odebrali wszyscy członkowie) było inne niż dotychczasowe, ponieważ jego temat stanowiła lektura z gatunku nieomawianego wcześniej przez naszą grupę – reportażu. Było to nowe, ciekawe doświadczenie dla nas wszystkich, zwłaszcza że tym razem wzięliśmy „na warsztat” naprawdę mocną rzecz – jedna z czytelniczek przyznała nawet, że nie była w stanie przeczytać książki do końca! Reportaż Macieja Wasielewskiego „Jutro przypłynie królowa” –  bo tę właśnie pozycję omawialiśmy – to z relacja z pobytu autora na Pitcairn, niewielkiej, skalistej wyspie na Oceanie Spokojnym, zasiedlonej przez zaledwie pięćdziesięcioro ludzi. Ale  reportaż Wasielewskiego nie jest bynajmniej pocztówką z tropikalnego raju – przeciwnie, to oszczędna i zarazem sugestywna opowieść, dotykająca fundamentalnego problemu zła w człowieku.
Analizując losy wyizolowanej, patologicznej społeczności, którą opisał Wasielewski, próbowaliśmy znaleźć odpowiedź na pytanie o przyczyny jej opłakanej kondycji – czy to wady genetyczne, brak odpowiedniego wychowania, ideałów i wzorców etycznych, prawa i ładu kulturowego doprowadziły do tak daleko posuniętej degeneracji moralnej mieszkańców? Czy świadomość władzy, jeśli myli się ją z samowolą, nie zachęca człowieka, by zaspokajał wszelkie swoje pragnienia, nawet kosztem innych członków społeczności? W jaki sposób doszło na Pitcairn do usankcjonowania krzywdy i bezprawia? I wreszcie, czy to okoliczności czynią człowieka złym, a może staje się on takim przez niewiedzę? Nie było łatwo rozwiązać ten problem, ale książka Wasielewskiego zderzyła nas wszystkich z kruchością człowieczeństwa i niestałością ludzkiej natury. Tym bardziej, że „Jutro przypłynie królowa” mówi o wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce na odległej i zapomnianej wyspie.